Świetlicki - 37 wierszy o wódce i papierosach
PO NAS
Najeżdżony, ukryty w wannie.
Czterodniowy bród usuwający.
Najeżony, nieutulony.
Najeżony i odstawiony
do granicy wytrzymałości.
Nieciekawy już świata za wanną.
Nieciekawy już miasta i kobiet.
Nieciekawy siebie samego,
spłukujący nazwisko, charakter.
Pozostaje tym bardziej, wewnątrz,
w zimnej wodzie, razem z wodą w lód się
przebóstwia, potem znowu w wodę,
potem w lód, potem w wodę,
potem choćby w potop.
(95)
WIERSZ BEZ ŚWIATŁA
Nie, nie napiszę listu. Światło nam, umarło,
śmierdzi po śmierci naftą. Światło zmarło. Światło
nam wyłączyli urzędnicy. Pan kierownik przyszedł
z fizycznym i wyłączył. Bo żyjemy w grzechu,
nijak za to nie płacąc, więc znaleźli sposób,
żebyśmy zapłacili – wyłączając światło.
Ciekawy eksperyment. Telewizor umarł.
Nie żałujemy nazbyt. Jedyny mankament,
że już nic nie zagłusza szczekania sąsiadek.
Ale za to kochamy się głośniej. I bardziej.
Ciekawy eksperyment. Jest tak, że się wszystka
elektryczność skończyła, lecz nie tylko ona,
także i w innych światłach trwa powolna czystka,
zapałki nie chcą płonąć, przemokły, i kota
oczy nie świecą nazbyt w ciemnościach,
zimnościach, piwnicznościach, w których stanął dom.
A więc światło umarło. Wiele martwych świateł
leży przede mną, w tym bezkształtnym mroku.
Ze wszystkiego się zawsze uda robić wiersze,
z martwego światła także. Nawet jest pożytek
z ujadania sąsiadek. Z pana kierownika,
który się niebezpiecznie w Pana Boga bawi.
(94)
PROSTY POZYTYWNY
Nie przepadam za tego rodzaju śmierciami.
Dzwonek do drzwi zabija, ale potem trzeba
żyć długo, a przynajmniej przez czas tej wizyty.
Za każdym razem myślę, że to pozytywny
listonosz z pozytywnym przekazem pieniężnym,
czy coś równie dobrego. Za każdym cholernym
razem myślę, łudzę się – przecież ludzie byli
tu niedawno, w zeszłym tygodniu – i przecież przesadą
byłoby ich podejrzewać o takie aż wielkie
okrucieństwo, tak myślę, łudzę się, otwieram.
Otworzyć się, rozmawiać. Kurewski ekumenizm.
Nadmierna ilość papierosów. Trzeba się, niestety,
czegoś trzymać. Rozmawiać. Trzeba zrobić coś
z ustami i rękami. Po coś tu umieram
na wysuniętej placówce. Oparty o wiersze,
wiersz kobietę, wiersz dziecko, wiersz ja, wiersz świat
i wiersz zaświat. Rozmawiać. Wymieniać się wszystkim
- poniedziałkiem i grudniem, obiadem, gazetą.
Wyjść na miejskie powietrze, wyjść na barykady
przystanków tramwajowych, sklepów, knajp, autostrad.
Otworzyć się. Rozmawiać. Pozytywny program.
Prosty i pozytywny. Kontaktować się.
Mówić, zacisnąć zęby. Po coś tutaj jestem.
W sobie nie znajdę odpowiedzi. Nie.
(93)
WSZYSTKO
Zobaczyć wszystko z wnętrza ciężarówki
o świcie, w drodze na poligon.
Widzieć poprzez zgarbione sylwetki w panterkach
to nieznane miasto na północy,
które za chwilę zmieni się w nic
znaczącego, jakieś białe pole
z patykami.
Na razie jednak moc sensacji:
sklep! na ulicach cywile! księgarnia
jeszcze zamknięta! niewyraźna kobieta!
No, tylko nasze karabiny
mają erekcję – my patrzymy – wszystko
łaskawie się odsłania na tych kilka minut
dotkliwie niewyraźnych. Kobieta! Piekarnia!
Wrząca kropelka śliny spada mi na rękaw.
A potem, wyskakując na komendę z wozu
i stając w dwuszeregu, widząc jak nierówno
stoją drzewa, jak nierówno śnieg
je pokrywa, jak nierówno wieczór
zapada, czuję wszystko blisko
tuż za plecami. Dzisiaj będę spał
ze wszystkim – na polowym łóżku, w namiocie. Będziemy
kochać się bardzo powoli, delikatnie, żeby
zostało jeszcze coś na jutro.
(90)
M – W PODRÓŻY
To miejsce to jest neutralny teren.
Ani to moje łóżko, ani też nie twoje.
Żadnej pamięci co do tego miejsca
nie masz, ja także nie mam. Niemożliwe będzie
zaznaczenie tu naszej obecności. Ślady
na prześcieradłach zostaną wyprane,
nasze śmieci zostaną wyniesione.
To miejsce to jest neutralny teren.
Nie udeptana ziemia, a więc żadnych wojen
nie uda nam się tu prowadzić. Koniec
na dzisiaj i na jutro. Zawieszenie broni
chwilowe. Więc co? Pozostaje tylko
kochać się, bo inaczej nie zdołamy przetrwać
tej nocy i następnej nocy.
Mamy przecież mentalność gości hotelowych
i niby łatwo jest się przyzwyczajać
do przypadkowych mebli i ciał przypadkowych.
Wybrałem jednak własne twoje ciało
i to wszystko co można znaleźć, gdy się przejdzie przez nie
(teraz mówię za siebie, nie mam prawa wiedzieć,
co ty w tej chwili...) Mocno, lecz nie rozpaczliwie --------
Mamy przecież mentalność gości hotelowych,
ale mamy przy sobie również osobiste
drobiazgi: zapalniczki, paczki papierosów,
klucze i kartki z numerami jakichś
odległych telefonów, bilety, pieniądze,
ty masz te swoje różne kobiece niezbędne,
ja – okruchy tytoniu w kieszeniach. I chociaż
często jesteśmy do siebie podobni,
to różnimy się bardzo, różnimy się płcią,
śmiercią i drobiazgami. Wyjeżdżamy pojutrze.
Zapominam zapomnieć.
(92)
KLUCZENIE, KWIECIEŃ
Pętam się, kluczę. Nie zacieram śladów.
Znów całkiem niepotrzebny klucz w kieszeni. Nie mam
zamiaru ani możliwości mieszkania na dworcu,
na ulicy, pod mostem, w samochodzie, w hotelu.
Nie chcę się tam. Daleko wysunięta placówka liryczna.
Nikt mnie nie ściga, nikt nie idzie za mną.
To ja sam ten cień rzucam. Pętam się pałętam,
kluczę pomiędzy miejscem, gdzie mnie teraz już
nie ma a miejscem gdzie mnie nie ma jeszcze
- i nie do końca wiadomo, czy w ogóle. Kluczę.
Moja kurtka została w domu, co go nie ma.
Dzisiaj spałem w tym domu, co go nie ma jeszcze.
Dała mi rano – tuż przed wyjściem w ten deszcz –
klucze do tego domu, będzie jeszcze śmieszniej.
Więc jak się czujesz? W porządku. Dziękuję.
Powoli się przestawiam. Sam sobie wybrałem.
Pętanie się po deszczu z dwoma kompletami
bezużytecznych kluczy. Tak żałośnie, że aż
nie na wiersz. Pętam się, pałętam,
snuję się kluczę. Sam. Bezużyteczny.
Nigdzie, z kluczami, w deszczu, w mokrym swetrze,
brak formy, złamany język.
(92)
GDZIEŚ TAK POCZĄTEK 1993, WARSZAWA
- Mówiłeś przecież... (zawahał się i
wskazał znacząco
włosy). – To nie ta – stwierdziłem.
- To już nie ta – stwierdziłem.
Nie ciągnąłem dalej.
On byłby z tego zrobił kilkadziesiąt wierszy,
zmiana kobiety wymaga celebry
jak zmiana warty, przesilenie wiosenne,
czy coś takiego. U mnie to przebiegło
nie w wierszach. Poza planem kartki.
W zaledwie kilku nowych siwych włosach,
w kilku dreszczach.
(94)
POZA ROZKŁADEM
Przed trzecią w nocy – tuż po awanturze
z szarpaniem ubrań, robieniem zadrapań
i siniaków, normalnie – jak zwykle
z jego winy, bo czyjej, nikogo tu nie ma
prócz niego, och, winnego nieskończenie – nagle
sam siebie idąc gdzieś po torach
kolejowych.
Wędrująca zła krew, brud, hipokryzja, zdrada,
obrzydzenie, nienawiść, wiadomo, to zawsze
było w nim, bo nie umiał kochać, mówił kocham a
nie umiał kochać, przyszedł rok temu z chlebakiem
i odchodzi z chlebakiem, nie ma nic, niczego
ci nie zostawi, prócz pustki, pustka jest ruchoma,
można ją upchnąć w kącie, wynieść, zostawić na torach
kolejowych.
Właśnie znalazł sam siebie na torach kolejowych,
żadnych zupełnie, absolutnie żadnych
skojarzeń samobójczych, noc, pomarańczowe
światła, w tej chwili poczuł się pociągiem
z setką wagonów, eszelonem, który
jedzie poza rozkładem, lirycznym zboczeńcem,
co nie wytrzyma bez tragedii, jeśli
jej nie ma, to ją sprowokuje, zmyśli,
poza rozkładem.
(93)
URBI ET ORBI
Wielkanoc 94 różni się od innych.
Wielkanoc 94 zastaje nas na
Rondzie Grunwaldzkim, na przystanku, wobec
deszczu, wielkiego nieba, wielkiej rzeki,
wobec.
Nasz wybór. Chora, niepełna rodzina.
Ty, ja – oraz owoc żywota naszego.
Chorzy, niepełni, nie rejestrowani
nigdzie
oprócz tych wierszy.
Dużo przestrzeni. Wielkie oko patrzy
nam w oczy. Maciek usiłuje wyjść
z wózeczka wprost w kałużę,
wściekłe walki z Maćkiem.
Zmącona Wisła i zmącone światło.
Zmąceni, ale wściekle kolorowi.
Agresywnie wyraźni. Trzy żywe pochodnie,
jaskrawe i widoczne z każdej odległości!
(94)
TRZYLATEK
Dziecko, powszechnie znielubiony demon.
Niezły w abstrakcji, w konkrecie fatalny.
Nie odpowiada ładnie na pytania.
Czai się. kombinuje wymyślne tortury
skacowanym dorosłym. Odrobinę przydatny
jedynie politykom i ich fotografom
nadwornym. Udręczone koty
i psy. Ostra czułość. Granica gdzie czułość
łączy się z uduszeniem. Wstydliwa niezmiernie
duma rodziców, obiekt infantylnych
klimakteryjnych estetycznych uniesień
różnych pań (lecz niektóre z tego pokolenia
reagują odmiennie, gotowe są zabić).
Czy już go ochrzciliście?
(95)
JESZCZE JEDEN
Ja się tylko spowiadam.
Codziennie w malignie
aż do nocy ja chodzę
do spowiedzi, którą
składam w ustronnych miejscach i ciałach kobiecych,
i w ziemi. Krzyczy trawa. Ja nie mam aż tyle
śmiałości, żeby prosić by mnie rozgrzeszono,
nie mam śmiałości by komunię połknąć.
Nie jestem naród Tak się porobiło.
Nie chcę tego odkręcać.
(95)
MIEJSCE ZBRODNI
Tyle adrenaliny na darmo, poważnie.
Kałuże adrenaliny, adrenalinowe
światło. Na scenie dom buduję sobie
z butelki piwa, papierosów. Nie jest
przyjemnie. Bo nie po to jest,
aby było przyjemnie. Dom buduję sobie
stojąc przed mikrofonem, mówiąc, wystawiając
na sprzedaż język. Jeśli coś ma smak
adrenaliny – to na pewno tym czyś
jest moja ślina, na pewno. Jest tak,
jakbym kogoś przez okno wychylając się
przywoływał. Jest miejsce, ofiara się znajdzie.
(95)
PARASOLKI
Mówię coś.
Mówię coś.
Mówię coś, wolałbym
żeby samo się mówiło,
żeby samo się grało,
żeby samo się zaczęło,
żeby samo się skończyło.
Mówię coś, a w głowie
mam stare numery
telefonów,
nieaktualne adresy,
mnóstwo
bardzo
wulgarnych
wyrazów.
W porządku,
idź bez parasolki,
zmoknij.
A wszystko to jest
identycznie trwałe
jak numer telefonu
na pudełku zapałek...
(92)
POGO
Spałem źle. Ona spała źle. Pełne
porozumienie – spało nam się źle w tym kraju,
w którym wciąż więcej i więcej palantów
nosi przy sobie broń (zażartowałem,
że to są dla nich namiastki penisów,
choć chodzi o coś groźniejszego). Źle spałem.
Spałem źle. W tym kraju,
w którym wzorcem mężczyzny jest ksiądz albo handlarz.
Spałem źle. W tym kraju,
w którym znów ojczyznę a nie wiosnę zobaczą. (Jak ci się
nie podoba – to wypierdalaj!). Źle spałem.
Spałem źle. Chociaż się zdarzają
jakieś jaśniejsze monety – na przykład:
czarne oliwki, wino Sophia – Riesling,
22 grudnia 91
oraz efekty owej rewolucji
seksualnej, z których skorzystałem
wyjątkowo skwapliwie, ponadto ty jesteś,
a ciebie nikt mi nie zabroni. Źle spałem.
Spałem źle
i przyśniła mi się Idea, przyśnił mi się Działacz,
przyśniły mi się Obowiązki i konieczność Skruchy.
Kolaboruję z pismem katolickim,
nie mając nawet kościelnego ślubu,
nawet nie będąc bierzmowany!
Jakaż perwersja! Zawsze zdradzam, w tym
szczególnie pozostaję sobie wierny
- i przelatuję przez te Muzea, Biblioteki, Banki,
a one ścian już niemal nie mają, nie warto się skupiać
na tych obcych detalach, mam w sobie gorący
detal, teraz cię muszę znaleźć, przejdziemy przez siebie
w lepsze, gorące kraje, bo istnieją, skoro
ty zaistniałaś i ja już istnieję...
I co? I pożar. To bardzo powoli
się zaczynało. Najpierw mnóstwo znaków,
zapachów, trzasków, drobnych świateł. Teraz
płonie. Poważnie. Ogień stawia swoje
stopy ostrożnie. Ja to sobie tańczę.
Siedząc przed lustrem, zupełnie nieruchomo, z zamkniętymi oczami,
tańczę to sobie, ja to sobie tańczę.
Wyjąc bezgłośnie, postępując tuż za
ogniem, powoli,
powoli,
powoli.
Tańczę to sobie.
(92)
OPLUTY (44)
Któregoś dnia to miasto
będzie należeć do mnie.
Na razie chodzę.
Na razie patrzę.
Na razie swój nóż ostrzę.
Wkładam – zdejmuję kastet.
Opluty. Opluty.
Napluli mi na plecy.
Nic o tym nie wiem – chodzę po mieście.
Chodzę po mieście:
Planty,
Szewska,
Rynek.
Chodzę po mieście: Rynek – Szewska – Planty.
Opluty.
Opluty.
OPLUTYOPLUTYOPLUTYOPLUTYOPLUTY...
Któregoś dnia to miasto
będzie należeć do mnie.
Na razie chodzę, patrzę.
Na razie nic.
Któregoś dnia
rzeką Wisłą
przypłynie
statek piratów,
o pięciu masztach,
dwudziestu armatach.
I zapytają:
- Który to Świetlicki?
A ja wtedy stanę
na samym środku Rynku
i będę wskazywać:
Tego. Tego. Tego.
Tego. Tamtą. Tego.
Tego sprzątnąć.
Tamtą skasować.
Tego. Tamtą. WSZYSTKICH!
K r a k ó w i N o w a H u t a.
S o d o m a z G o m o r ą.
Z S o d o m y d o G o m o r y
j e d z i e s i ę t r a m w a j e m.
Chodzę po mieście.
Chodzę po mieście.
Opluty.
Opluty.
Opluty...
(92)
CASABLANCA
Niekochany nie zdradza.
Niekochany chodzi
dzwoniąc w kieszenie
niepotrzebnym kluczem.
Z bramy wychyla się staruszek
niepokojąco podobny do Bogarta.
„Celuję prosto w twoje serce, synu!”
„Przecież wiesz, że to najmniej czuły we mnie punkt.”
W sąsiedniej bramie znaleziono
siedemdziesięcioletnią Marilyn Monroe.
Potrafiła wyksztusić jedynie:
PU PU PI DU.
„Jaka jest pańska narodowość?”
„Jestem pijakiem.
Jestem nieślubnym dzieckiem
Bogarta i Marilyn Monroe.
To ja
zabiłem Laurę Palmer.”
To wszystko na ten temat.
(92)
PAN TRAKTOR
Nie legalizować
niczego.
Zdelegalizować
wszystko.
Wprowadzić
godzinę policyjną
o piętnastej trzydzieści.
Nie legalizować
niczego.
Zdelegalizować
wszystko.
Pomiędzy mnie a ciebie
położyć
policjanta.
Nie legalizować
niczego. Zdelegalizować
traktor.
Zdelegalizować
pana.
Zdelegalizować
panią.
Zdelegalizować
domek.
Zdelegalizować
tramwaj.
Zdelegalizować
jajko.
Zdelegalizować
wszystko.
(95)
OLIFANT
Zobaczyłem światło,
więc przyszedłem.
Zadzwoniłem
i otworzyłaś.
Nie przyszedłem rozmawiać,
nie przyszedłem się kłócić,
nie przyszedłem prowadzić
odwiecznej wojny. Ja
przyszedłem się kochać,
przyszedłem się kochać.
Mam już jeden nóż w plecach
i nie ma tam miejsca
na następne.
Ja przyszedłem się kochać.
Odpada dylemat:
kawa – herbata. Ja
przyszedłem się kochać,
przyszedłem się kochać.
Zobaczyłem światło, więc przyszedłem.
Zadzwoniłem i otworzyłaś.
Nie przyszedłem rozmawiać,
nie przeszedłem namawiać,
nie przyszedłem zbierać podpisów,
nie przyszedłem pić wódki.
Ja
przyszedłem się kochać,
przyszedłem się
kochać.
(92)
McDONALD’s
Znajduję ślad twoich zębów w obcym mieście.
Znajduję ślad twoich zębów na swoim ramieniu.
Znajduję ślad twoich zębów w lustrze.
Czasami jestem hamburgerem.
Czasami jestem hamburgerem.
Sterczy ze mnie sałata i musztarda cieknie.
Czasami jestem podobny śmiertelnie
do wszystkich innych hamburgerów.
Pierwsza warstwa: skóra.
Druga warstwa: krew.
Trzecia warstwa: kości.
Czwarta warstwa: dusza.
A Ślad
twoich zębów
jest najgłębiej,
najgłębiej.
(94)
M – MORDERSTWO
A ona leży z nożem w plecach.
Troszeczkę na podłodze, troszkę na dywanie.
Skromnie skulona. O, tak.
Jest wrzask. Świadkowie są jak ryby,
które przed chwilą nauczono mówić.
A ona leży z nożem w plecach.
A ona leży z nożem w plecach.
Morderca idzie wolno korytarzem.
Otwiera drzwi wejściowe i wychodzi w ogród.
Mija klomby. Wychodzi przez furtkę
na ulicę. Wsiada do tramwaju.
Jedzie tramwajem, jedzie, czyta gazetę, dojeżdża do pętli.
Wraca do domu. Przekręca klucz w zamku.
A ona leży z nożem w plecach.
A ona leży z nożem w plecach.
Troszeczkę na dywanie, troszkę na podłodze.
Skromnie skulona. O, tak.
Jest wrzask. Świadkowie są jak ryby,
które przed chwilą nauczono mówić.
A ona leży z nożem w plecach.
A ona leży z nożem w plecach.
A ona wstaje, otrzepuje się.
Wkłada panterkę, przewiesza przez ramię karabin.
Wychodzi na ulicę, wytacza haubicę.
Wsiada do tramwaju.
Jedzie tramwajem, jedzie, czyta gazetę, dojeżdża do pętli.
Puka do jego drzwi.
(79 – 92)
HENRYK KWIATEK
Henryk Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
To był jedyny facet, z którym mógł to robić.
Wracał do domu – zaparzał herbatę,
a wtedy święty obraz doń z obrazu schodził.
I rozmawiali. Henryk Kwiatek mówił
o wszystkim co mu się zdarzyło tego dnia a święty
milczał i świętymi oczami na Henryka patrzył.
Henryk Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
Bo z kim się miał przyjaźnić? No przecież nie z księdzem,
co raz do roku po kolędzie chodził.
Bo z kim się miał przyjaźnić? Przecież nie z listonoszem,
co raz na miesiąc mu rentę przynosił.
Henryk Kwiatek...
Henryk Kwiatek przyjaźnił się z gościem ze świętego obrazu.
Któregoś dnia wrócił z miasta – zaparzył herbatę
A obraz zszedł z obrazu i usiadł przy stole,
a listonosz nie przyszedł i renty nie przyniósł.
Następnego dnia także listonosz nie przyszedł.
Henryk Kwiatek co chwilę do swych drzwi podchodził.
Minął tydzień czekania – listonosz nie przyszedł.
Henryk Kwiatek do gościa z obrazu powiedział:
- Ja dotychczas niczego nie chciałem od ciebie.
Wiem doskonale, że ty możesz wiele.
Do tej pory niczego od ciebie nie chciałem,
więc teraz o pożyczkę chciałbym cię poprosić,
Henryk Kwiatek...
Święty gość długo milczał i patrzył świętymi
oczami na Henryka – Henryk Kwiatek znowu
poprosił o pożyczkę. A Gość palec uniósł,
Popatrzył na Henryka i powiedział:
- MIŁOŚĆ...
Teraz Kamera opuszcza mieszkanie
i widać blokowisko przeraźliwie czarne
i widać czarne niebo – i na niebie czarnym
WIELKIE I BLADE PRZERAŹLIWIE SERCE.
(95)
NIEPRZYSIADALNOŚĆ
No, proszę sobie wyobrazić:
marzec albo kwiecień
(mmm... raczej marzec), wieczór.
Spotykam JP, jest pijany jak
świnia, a ja jestem trzeźwy
jak świnia. Idziemy na kawę.
On – między morzem wódki a powrotem do domu.
Ja – między kłótnią z jedną kobietą a rozmową z drugą,
która być może także przemieni się w kłótnię.
Siedzimy więc w knajpie.
(choćbym się nawet bardzo skupił, nie pamiętam w jakiej).
On – pijany jak świnia. Ja – trzeźwy jak świnia. Pijemy tę kawę
i nagle on, wskazując mi jakieś dwie siedzące
przy sąsiednim stoliku, proponuje byśmy
się do tych dwóch przysiedli, a ja mówię: Daj mi
spokój, ja nie mam ochoty.
Ja to pierdolę, dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
Ja to pierdolę, dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
Pomiędzy kłótnią z jedną kobietą a rozmową z drugą,
która być może także się przemieni w kłótnię,
ja to pierdolę,
dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
Więc rezygnuje. Rozmawiamy o czymś.
O literaturze, być może nawet o
kobietach. Deszcz zaczyna padać.
Patrzę na niego: no, trzyma się nieźle,
chociaż jest pijany jak świnia. Ja się nieźle trzymam,
chociaż jestem jak świnia trzeźwy,
I nagle on – wskazując mi znów te dwie, mówi: Zobacz,
jak to się dobrze składa, ich dwie i nas dwóch, dosiądźmy się do nich.
Więc mówię: Nie chcę, nie mam ochoty.
Ja to pierdolę, dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
Pomiędzy kłótnią z jedną kobietą a rozmową z drugą,
która być może także się przerodzi w kłótnię,
ja nie mam ochoty.
Ta to pierdolę, dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
Tak się zdarza czasami,
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
Tak się zdarza zazwyczaj,
że jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
Siedzę przy stoliku
i nie mam ochoty
dosiąść się do was,
choć na mnie kiwacie.
Ja to pierdolę, dziś jestem w nastroju
nieprzysiadalnym.
(92)
VAN MORRISON, JIM MORRISON,
PATTI SMITH, JIMMI HENDRIX
SIĘ DRĄ
Jest to historia z połowy
lat sześćdziesiątych.
Śliczna dziewczyna
i gruby mężczyzna
w domu grubego.
No co ty robisz? – pyta gruby,
ona
zdejmuje swoje ryże rajstopy, gruby
śliniąc się pyta: Ile
masz lat, do której chodzisz szkoły, jak
masz na imię? Och, nie mamy
czasu.
Zróbmy to szybciej. Jezus
umarł
tak wcześnie. Ledwo się obudził.
Zróbmy to szybciej.
Śliczna dziewczyna i gruby
mężczyzna
w domu dziewczyny.
Ojciec jest w pracy, zarabia pieniądze,
a matka wyszła je wydawać.
Śliczna dziewczyna rzuca klucz na stół.
Na ścianie wisi Mao, Marilyn Monroe i
zdjęcia z dzieciństwa. Jak ty
masz na imię? Jak ty masz na imię?
Nie mamy czasu. Za chwilę
wracają.
Zróbmy to szybciej.
W nocnej taksówce, odwrócona
do
mokrej szyby,
przez zaciśnięte zęby, jeszcze drżąc,
niespodziewanie mówi: Gie –
eL –
O – eR – I – A, powiedziała: Gie –
eL – O – eR – I – A, powiedziała:
G L O R I A ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! !
(86)
NOW I WANNA BE YOUR DOG
Nie ma świata.
Skończył się.
Nie ma czasu.
Skończył się.
Nie ma celu.
Skończył się.
Nie ma sensu.
Skończył się.
Teraz chcę być
twoim psem.
Teraz chcę być
twoim psem.
Teraz chcę być twoim psem.
(No chodź).
(tutaj następuje solówka gitarowa)
Ostatnia audycja
ostatniego radia,
zakończona hymnem
umarłego państwa.
Teraz, kiedy zostaliśmy sami,
teraz możemy to robić,
na gazetach, sztandarach,
sztandarach, gazetach.
Teraz chcę być
twoim psem.
Teraz chcę być
twoim psem.
Teraz chcę być
twoim psem.
(no chodź).
(94)
ÓWDZIE
Z białymi wiąże mi się wiele przykrych historii,
innych ras nie spotykam, mieszkam w raczej białym
kraju, przyjezdni nie mają znaczenia.
Miałem wyłącznie białe kobiety, białych pracodawców,
to się zawsze kończyło tak samo – z mniejszym albo większym
hukiem, tak samo zawsze zaczynało się:
nerw piekła wystający
z asfaltu.
Był wypadek, ja ocalałem, teraz żyję ówdzie.
(93)
JUŻ, TERAZ
Już teraz są nie do
zniesienia. Schodzę
po coś tam do piwnicy. Oddycham.
Jeden klucz, zapamiętać który.
Drugi klucz, zapomniałem włączyć światło.
Tak łatwo się w tym mroku. Kurwa.
Otarłem się o zimny mur i było to.
Wchodzę pomiędzy te wilgotne.
Tam w kącie gniją nadal przedwojenne sanki.
Po coś tam zszedłem, stoję i oddycham.
Są tam u góry, są nie do
zniesienia. Mówią, nazywają, chcą.
(90)
POMALUJ TO NA JAKIKOLWIEK KOLOR
Pierwszomajowy pochód zaczynam tuż poza
moimi drzwiami – trasa jest niejasna –
zbaczam pomiędzy jakieś niespełna zielone
zarośla obok Wisły, co płynie do morza.
Ostatecznie na pewno trafię na ulicę
Komandosów – tymczasem przeglądam się w Wiśle
badawczo i dokładnie, dostrzegam jej zmarszczki
i ślady butów wypełnione wodą
na dnie.
(90)
WIERSZYK DLA PIOTRA
Wiesz chciałbym się podzielić tyle się przydarza.
Wiesz nie mam podzielności uwagi toteż kiedy jem
palę i piję, czytam piszę i
oglądam telewizję nie mogę w tym czasie
nikogo kochać. Nie bierze mnie polityka bo nie mam
podzielności uwagi musiałbym przestać żyć.
Wiesz chciałbym ci powiedzieć.
Ale nie mam którędy.
(90)
WEJDŹ GWOŹDZIU
Świt powiedziały ptaki.
W południe przeszedłem przez most.
Nie patrząc powiedziałem rzeka.
Jeżeli zmarli wymuszają wiersze,
to niech to zdanie będzie wymuszone.
Pomiędzy wszystkim biega na oślep niemowa.
(91)
TRUPIE SPRAWY MIŁOSNE
W tym związku
w związku z tym
realizuję całą
pornograficzną
nadzieję.
Próżnia
dosiada perfum.
Próżnia
wchodzi w bieliznę.
Próżnia
zostawia po sobie
zużytą zapalniczkę.
Próżnia
toczy się, kreuje
dalsze ciągi,
pospiesznie.
Co oznacza
wielkie, rozwarte
na całą okolicę
przerażone usta.
(94)
CO
PO WSZYSTKIM
i
co
po
wszystkim
skończyliśmy już się
kochać
oczy
okna wieżowca w którym nikt nie mieszka
wpatrzone w okna wieżowca w którym nikt nie mieszka
mam
coś
powiedzieć
nic
muśnięcie
i
co
napijesz się
zapalisz
nie
muśnięcie
jak
było
nie
przepraszam
nic
muśnięcie
wiesz
kiedyś kiedy
jeszcze
nic
muśnięcie
jw
X:!=7mnkjifjMKijk,,,
muśnięcie
(91)
(...)
Wycięte kilkanaście zwrotek.
Cenzura wewnętrzna.
Ale to było wczoraj. Dziś jadę tramwajem
uśmiechając się wstrętnie do wczoraj.
Wącham wczoraj, ostry
i grzeszny zapach. Ale to było wczoraj. Dziś nic.
Tylko jadę i więcej nie wydarza się.
Lekki grzesznie. Cokolwiek mi zrobią,
nie sięgną wstecz. Już jestem przedawniony.
Dziś tylko jadę i głównie jestem jechaniu oddany.
(95)
KOLEJNY WIERSZ O WÓDCE I PAPIEROSACH
Od pewnego momentu nie krępuje Obecność.
Można się przyzwyczaić tak samo jak do
chrobotu myszy.
Kiedy wychodzę – następuje szybkie
i czujne przeglądanie wersów.
Wersy się przeglądają.
Jedna
dedykacja
na jedno
życie.
(95)
PRZECIEKI
Rowerzyści na nocnej ścieżce mijający mnie i
rozpoznający mnie, przeze mnie nie są rozpoznani,
odjeżdżają i nigdy pewnie się nie dowiem,
tak jak nie dowiem się o
i o.
Był ktoś i pytał o ciebie, kto? nie jestem w stanie
ci opisać, nawet płci, ktoś był, nie zostawił
wiadomości.
Wyszedłem rano, wsiadłem i jechałem.
Gdzieś jest to drzewo.
(95)